No to ja dziś sobie pojęczę... oj pojęczę...
Jestem typem człowieka , który nie jęczy i nie lubi jak inni to robią, wolę się zachwycać każdym drobiazgiem i każdą pierdółką, celebrować małe chwile i każdą nawet nienajfajniejszą sytuację tak wytłumaczyć, żeby znaleźć w niej dobre strony... ale tym razem ptaszydła (które zwykle uwielbiam i jestem przeszczęśliwa, że mieszkają tłumnie w moich krzaczorach) pokonały mnie...
Pewnie już domyślacie się o co chodzi, otóż...czereśnie - szpaki - gawrony... cudne trio :/
Mam ogromną, ale naprawdę ogromną czereśnię, przy samym tarasie, moje ukochane drzewo, największa ozdoba mojego ogrodu, górująca nad dużą jego częścią. Jest tak duża, że nawet nie da się jej sfotografować w całości, na zdjęciu jej fragment.
Każdego roku wprost oblepiona owocami, można z niej zebrać kilka dużych wiader... cóż z tego, jeśli od kilku już lat nie udaje nam się zebrać nawet 1 litra :(((
Owoce jeszcze nie w pełni dojrzałe, nie nadają się do zrywania, a te skrzydlate paskudy już ją objadają, jednocześnie zbijając czereśnie na ziemię.
Na trawniku ściele się dywan uszkodzonych owoców. Zanim dojrzeją na tyle, żeby można było je zerwać, to nic nie zostaje.
Próbowaliśmy już różnych metod odstraszania, i walenie plastikowymi butelkami, zawieszanie błyszczących pasków i płyt cd, sztucznego kruka, włączałam nawet dźwięki imitujące głosy ptaków drapieżnych... nic nie działa. Odlatują na chwilę i zaraz wracają całymi chmarami :(
Zaczynają już od 3-4 w nocy, najpierw gawrony, a później ich miejsce o świcie zajmują szpaki :/
Cóż, w tym roku znów trzeba będzie kupić, żeby posmakować choć trochę tych owoców.
Nie ma na to rady, ale chociaż co sobie pojęczałam, to moje ;)))

















