Od początku sierpnia zaczęły się u mnie pomidorowe żniwa.
Szklarnia stareńka, jeszcze z rok, dwa i trzeba będzie myśleć o wymianie, ale wciąż zdaje egzamin. Od początku marca sadzę w niej różne sałaty, rzodkiewkę, szpinak, później ich miejsce zajmują pomidory i w kąciku kilka ogórków szklarniowych. Plony każdego roku są bardzo obfite.
Najchętniej sadzę odmiany o dużych owocach, te smakują nam najbardziej, są niesamowicie pachnące, słodkie i soczyste. Od wielu lat, na pewno 15, albo i więcej, zbieramy i suszymy nasiona, a później w lutym wysiewamy. Wysiewam też kilka odmian pomidorków koktajlowych, ale nie sadzę ich dużo, najwyżej 5-6 krzaczków, jako ładny dodatek do sałatek, czy do upieczenia z oliwą i czosnkiem.
Nie jestem zwolenniczką dziwnej mody, która każe robić z krzaków pomidorów ogołocone z liści palmy.
Uważam, że natura wie co jest najlepsze i jeśli dała roślinie liście, to znaczy że są jej one potrzebne.
Jak najbardziej warto obrywać liście, ale tylko te z niższych warstw, do pierwszego grona, żeby roślina miała przewiew. Liście karmią owoc, można je oberwać dopiero, gdy już jest wyrośnięty i zaczyna dojrzewać. Krzewy prowadzę na 1, ewentualnie 2 pędy, pozostałe obrywam, żeby roślina nie traciła sił na ich wykarmienie.
I na koniec ogóreczki, mam posadzonych 5 krzaczków, ale owoców jest tyle, że nie ma szansy zjeść. Pędy sięgają nawet 5 metrów. Pną się po linkach do sufitu, zaczepiam je na belki i zwieszają się z nich z powrotem do ziemi. Te szklarniowe odmiany na kiszenie nie nadają się, więc trę je na tarce o dużych oczkach, zamykam w woreczkach i mrożę. Idealne są później zimą na tzatziki, czy po prostu ze śmietaną i jogurtem, jako surówka do obiadu.
Pomidory świetnie udają się też z donicach, nawet jeśli nie ma ogródka, to można posadzić je na tarasie czy balkonie. Ogromną frajdą jest, gdy pojawią się owoce i z balkonu lądują prosto na kanapeczkę ;)))

















